LOTTO Ekstraklasa. Na strzelaninę z kapiszonami. Niezdarny Piast posłany na deski przy Kałuży


fot. własne/Paweł Jerzmanowski


Cracovia na wiosnę wygląda jakby przez okres przygotowawczy przeszła porządną kurację odwykową i zamiast popełniać w kółko te same błędy – klopsy i nicnierobienie w obronie, marazm w ataku – stanęła na nogi i samodzielnie wykaraskała się ze szczeliny. Zespół Michała Probierza przypomina nam Tomasza Adamka za swoich najlepszych lat, kiedy usiłował wejść z buta w wagę ciężką. Za mały, by nokautować rywali, za krótki, aby stanąć w szranki z mistrzem i zrujnować mu rekord, ale dość sprytny i skuteczny, by do grona najlepszych wejść i nie czuć się jak małorolny chłop w gumiakach zwiedzający Pałac Elizejski.

Lewy, prawy, odskok. Pragmatyczni i świadomi swoich dobrych oraz słabych stron – w tym roku Cracovia to piąty zespół w stawce. Lewy, prawy, odskok. Maszyna pracuje bez większych usterek.

A Piast? Wiosną jedenasty, ogółem smaruje brzuchem strefę spadkową. Tylko dwa zwycięstwa w tej rundzie – z koślawą w lutym Lechią oraz szarą jak tektura trzymająca w kupie blok rysunkowy Sandecją. Racjonalnych argumentów za tym, by wygrał przy Kałuży, nie znaleźliśmy. Po stronie piłkarzy Waldemara Fornalika stoi wyłącznie logika Ekstraklasy – jeśli coś nie powinno się wydarzyć, tym większa jest szansa, że stanie się to w absurdalnych okolicznościach.

Pierwszą sensowną akcję gospodarze przeprowadzili już w 4 minucie. Hernandez stojący na czterdziestym metrze wypatrzył wbiegającego w pole karne Piątka, posłał do niego prostopadłe podanie, lecz zabrakło centymetrów, aby napastnik Cracovii dopadł do piłki i przylutował obok Szmatuły. Skończyło się strzałem Wdowiaka rogu pola karnego, na co Piast momentalnie odpowiedział szarżą prawym skrzydłem i Pesković musiał się nagimnastykować po strzale Gojki z piętnastego metra.

Od początku mecz wyglądał obiecująco. Pasy napierały, Piast całkiem sprawnie wymieniał podania i bez większych problemów ładował się pod pole karne Peskovicia, dzięki czemu oglądaliśmy spotkanie rozgrywane w przyzwoitym tempie. Nie minęło dziesięć minut, a bramkarze obu ekip już byli elegancko rozciągnięci, szczególnie Szmatuła. Cracovia była wobec rywali nie mniej napastliwa niż jej sztab trenerski względem sędziów, zaliczając trzy groźne ataki na bramkę gości.

W roli głównej oczywiście Piątek, który między innymi w 8 minucie usiłował pokonać Szmatułę strzałem głową. Goście nie pozostawali dłużni i niedługo później dwukrotnie nogami Papadopulosa uderzali na bramkę Peskovicia. Raz próbowali jedni, raz drudzy, po jednej stronie jak opętany latał Piątek, po drugiej za kierownicę złapał Badia. Oba zespoły oszczędzały nam męczenia buły.

W 28 minucie przyszedł czas na kabaret. Najpierw Wdowiak, który rzutem z autu przelobował sam siebie. Nie pytajcie, jak to zrobił, ale zrobił. Chwilę później Culina drewnianym dryblingiem zbiegł ze skrzydła pod pole karne Piasta, by… oddać piłkę rywalom. W 38 minucie ponownie Wdowiak, tym razem kiwający powietrze. Serio. Zapomniał chłopak o piłce, która została za nim. Swoje dołożył Hernandez, którego odegranie piętą napotkało jego drugą nogę. Ekstraklasa wróciła i przyłożyła nam siarczystego liścia.

A tak poważnie – czas najwyższy  posłuchać Probierza i stworzyć warunki treningowe dzieciakom, bo takie cyrki w najwyższej klasie rozgrywkowej to zwyczajnie hańba dla kraju, którego piłkarskie aspiracje sięgają ćwierćfinałów największych turniejów.

W 45 minucie Cracovia wyszła na prowadzenie. Po dośrodkowaniu w pole karne do stojącego na piątym metrze Dimuna odegrał Helik, skąd ten pierwszy wpakował piłkę do pustaka. Ładna akcja na osłodę gorzkiej refleksji dotyczącej marnej kondycji polskiej piłki.

Druga połowa wystartowała tak naprawdę dziesięć minut po gwizdku sędziego. Hernandez ładnie przyłożył tuż przy słupku, Szmatuła wypluł piłkę do boku, gdzie czaił się już Piątek z zerową szansą na załatwienie bramkarza gości. Biorąc jednak pod uwagę, że do tego momentu naszym głównym zajęciem było popijanie herbaty, z uśmiechem wzięliśmy to, co dał nam los. Piast dominował, ale jego formuła budowania akcji wyczerpywała się w okolicach dwudziestego metra. Kiedy trzeba było pociągnąć za spust, goście z kabury wyjmowali batonika.

Dokładnie w chwili, kiedy to napisaliśmy, w 60 minucie Żivec odbezpieczył dubeltówkę i z przyłożenia wcelował w samo okienko bramki Peskovicia. Ładnie zgasił naszą szyderę Piast, wyrównując wynik meczu. Tak się pomylić? Oby częściej.

W 66 minucie jeszcze mocniejszą petardę odpalił Piątek. Podawał mu na boku Zenjov, po czym wpadł w szesnastkę i wcisnął enter. Samo okno po długim, bramka miód malina. Piątek złapał w tej rundzie taki luz, że piłka z przeszkody stała się dla niego narzędziem zbrodni. Odwrotnie proporcjonalnie do siły rażenia strzałów Rakelsa. W 76 minucie na dziesiątym metrze przegrał z niemal pustą bramka. Nie do wiary, co on wyprawia.

Piast w końcówce przypominał rozklekotany stary tapczan. Trzeszczał, skrzypiał, nie sprawiał wrażenia, że jest w stanie wywiązać się ze swoich obowiązków. Bez pomysłu i wiary w to, jak nie wpaść pod nadciągający tramwaj. Desperacko uciekający się do nurkowania w polu karnym Cracovii. Sukcesywnie pracował na oklep. Ten mógł mieć bardziej dotkliwy wymiar, jednak Piątek w 82 minucie tylko obił poprzeczkę.

Cracovia zwyciężyła zasłużenie. Prezentowała wyższą jakość, zaś Piast długimi fragmentami meczu nie ogarniał piłkarskiego abecadła. Utrzymanie gliwiczan to aktualnie list do Mikołaja.

 

Cracovia 2:1 Piasta Gliwice

45’ Dimun

60’ Żivec

66’ Piątek

Cracovia: Pesković, Siplak, Dytiatjew, Helik, Ferraresso, Covilo, Dimun, Culina (67’ Rakels), Hernandez, Wdowiak (63’ Zenjov), Piątek (90+1’ Brock-Madsen)

Piast: Szmatuła, Andersen, Czerwiński, Konczkowski, Korun, Hateley (81’ Bukata), Żivec, Badia (76’ Valencia), Jodłowiec, Gojko (56’ Angielski), Papadopulos

Żółta kartka: Dytiatjew – Papadopulos, Andersen

Czerwona kartka: –

Sędziował: Paweł Gil (Lublin)

Widzów: 2147




Komentarze


Lubisz to? Podziel się ze znajomymi!

0
3 udostepniania

LOTTO Ekstraklasa. Na strzelaninę z kapiszonami. Niezdarny Piast posłany na deski przy Kałuży