Członkowie wigilii, a kluby Ekstraklasy, czyli kto kim jest


Siadając do tego felietonu miałem w głowie pustkę. I to tak, z której ciężko wygrzebać własne myśli. Święta za pasem, nasza ukochana, „najlepsza” liga na świecie zapadła w sen zimowy, a pierwsze pierogi zostały już ulepione i spokojnie leżakują (jak Hildeberto na treningach Legii), czekając na wigilię. I w sumie doszedłem do wniosku, że cała otoczka świąt przypomina mi Ekstraklasę, jak i też polskich zawodników.

Zawsze jest coś, co nas denerwuje podczas przygotowań i coś co nas cieszy. Niewątpliwie każdy ma też swoje pragnienia i marzenia przed świętami i Nowym Rokiem, by coś osiągnąć oraz zmienić (byle nie zmieniać często jak prezesi trenerów). Same oczekiwania na święta możemy porównać do początku sezonu w Ekstraklasie. Na początku wszystko ładnie, pięknie, otoczka robi wrażenie, jest klimat (tylko nie sypie śnieg, tak samo jak nasze kluby nie sypią kasą na konkretne wzmocnienia), lecz niestety delikatnie prószy sobie śnieżek (tak samo jak kluby ściągają po kilku średnich zawodników). Ale gdy już tak naprawdę zbliżają się same święta, to my  nafaszerowani tym wszystkim od dawna mamy tego dosyć. Podobnie jak z polskimi klubami w europejskich pucharach. Nim sezon zacznie się na dobre, to nas już tam nie ma. I potem niby w pełni wszystko się zaczyna, a my mamy niedosyt i nie cieszymy się głównym daniem, bo deser kucharz spier…, znaczy zepsuł.

Wigilia sama w sobie powinna być czasem radości i uśmiechu na twarzy. Choć nie zawsze tak jest i sztucznie pokazujemy zadowolenie. Przy samym stole siedzi często kilka, czy kilkadziesiąt osób, a każda z nich może być osobnym materiałem na dłuższy tekst. Można też takie osoby dopasować do… naszych klubów! Bo weźmy sobie naszych beniaminków – Górnika oraz Sandecję. Przy stole mogłaby to być jakieś małżeństwo, które wróciło na święta z Irlandii. Dawno ich nie było i nagle są. Każdy jest ich ciekaw, bo dawno nie widział. Legia z Lechem z kolei to gospodarze Wigilii. To u nich zasiada cała rodzina. I choć często się kłócą (mowa o kibicach), to tak naprawdę żyć bez siebie nie mogą i bez nich ta uroczystość (nasza Ekstraklasa) nie miałyby takiego klimatu. Jagiellonia i Wisła Kraków to z kolei dzieci naszych gospodarzy. Aspirują do tego, by cała uroczystość gościła kiedyś u nich, ale tak naprawdę mogą póki co się tylko uczyć i czekać na swoją szansę. Kiedy ona nastąpi tego nie wie nikt.

Lechia i Śląsk to dwaj eleganciki. Jedni z tych w rodzinie, którzy zawsze muszą najlepiej wyglądać (stadiony mają naprawdę ładne). Jednak porządny ubiór nie czyni ich najważniejszymi, skoro wnętrze jest puste i gdy przychodzi co do czego to oni nic nie wiedzą (puchary ich omijają). Koron i Arka to znów dwaj bliscy krewni, którzy niczym szczególnym się nie wyróżniają. Każdy wie, że jest taki ktoś i jeśli nie ma akurat z kim pogadać, to można z nimi. Inteligencja przeciętna ale potrafią zaskoczyć. Dołączyć w sumie do nich można Wisłę Płock, choć ją wyróżnia to, że mieszka blisko gospodarze (Legii) i dzięki temu wydaje się jakby nad wyraz poważną osobą, lecz taką której wpadki nie omijają (słynne już zwolnienie trenera Kaczmarka przez Dominika Furmana). Piast i Bruk-Bet Termalica to znów dwaj prości członkowie rodziny, którzy nie wadzą nikomu i idą spokojnie własnymi ścieżkami mając swoje wzloty i upadki. Jednak dla nich liczy się to, że mają głowę nad wodą i nie przejmując się niczym walczą o swoje cele. W kolejce pozostaje już tylko Cracovia i Pogoń. Cóż, każdy w ma rodzinie jakąś czarną owcę, czy członka z którego można się pośmiać. W przypadku Pogoni pasuje to idealnie. Miały być wysokie cele, a są prawie zerem. Można się z nich ponabijać, bo wiesz że i tak nie oddadzą. Cracovia znów, to daleka ciotka, która ma nowego faceta (Michała Probierza) i próbuje z nim wyprostować swoje życie, choć póki co bez skutku.

Kończąc ten felieton doszedłem do wniosku, że miał być wesoły, by rozweselić czytelników, a wyszedł podobny do tekstów i stylu Andrzeja Poniedzielskiego (kto go zna ten wie o co chodzi, a kto nie zna, to polecam zapoznać się z jego twórczością, bo warto!!). Niby wesoły ale przychodzi jednak nostalgia. Najważniejsze jednak, by nie brać tego do siebie i potraktować to z przymrużeniem oka, a wtedy wszystko wyda się dużo bardziej kolorowe. Bo co jak co, ale polska liga jest barwna i potrafi nas zaskoczyć!

Komentarze


Lubisz to? Podziel się ze znajomymi!

0
20 udostepniania

Członkowie wigilii, a kluby Ekstraklasy, czyli kto kim jest