LOTTO Ekstraklasa. Cracovia rozgryzła zaspaną Legię. Podział punktów przy Kałuży.


fot. własne/Paweł Jerzmanowski


Narzekający Michał Probierz jest jak ciągłe zatory finansowe Lechii Gdańsk czy potykający się ostatnio o własne zamiary Mariusz Pawelec – stałe fragmenty gry Ekstraklasy. Do biadolenia trenera Cracovii wszyscy już dawno zdążyliśmy się przyzwyczaić, znieczulić i nauczyć dzielenia przez dwa.

Z drugiej strony w niektórych okolicznościach trudno odmówić mu racji – kiedy w końcu dotrwał do długiego okresu przygotowawczego, terminarz na dobry początek podsunął mu wyjazd do Białegostoku, gdzie przecież Cracovia nie pozwoliła się zdeptać, i mecz u siebie z Legią. Jak tu się rozpędzić, kiedy trzeba zrobić dwie niewątpliwie najlepsze ekipy w lidze?

Po meczu ze Śląskiem złośliwie wytknięto Probierzowi, że wbrew deklaracji o promowaniu młodych, polskich piłkarzy, ten w osiemnastce znalazł miejsce dla wszystkich obcokrajowców, których aktualnie miał do dyspozycji – trzynastu chłopa z obcym paszportem. I gdyby Mihalik nie chlapał jęzorem jak dorastająca czternastolatka, prawdopodobnie i on załapałby się do kadry na to spotkanie. Wszystko prawda, tylko co innego szkoleniowiec Pasów miał zrobić, kiedy akurat takiego Pestkę wykluczyła kontuzja? Miał go na plecach zanieść na boisko i ustawić jako tyczkę?

Jednak na Legionistów poza Damianem Dąbrowskim wszyscy byli już zdrowi i gotowi do gry. Rzecz w tym, że należało postawić się ekipie, która zimą solidnie się wzmocniła i w dwóch ostatnich meczach zdobyła siedem bramek, tydzień wcześniej kompletnie demolując Śląsk Wrocław. Eduardo, Radović, Hamalainen, Niezgoda – jakby ich nie zestawić, wygląda to obiecująco.

Na dowód tego już w 2 minucie akcja obu ostatnich zawodników powinna wyprowadzić gości na prowadzenie. Obrońcy Pasów pogubili współrzędne, jeden nabił drugiego, dzięki czemu Niezgoda wpadł bezkarnie w pole karne. Efekt? Odegranie do Fina, który ostatecznie tylko przesmarował słupek. Probierzowi musiało się zrobić cieplutko.

Temperatura powietrza oscylująca w okolicach minus stu dwudziestu stopni robiła swoją robotę. Murawa przypominała lodowisko, piłkarze obu drużyn biegali na lekko ugiętych nogach, walcząc o zachowanie zdrowia. Tempo akcji, szczególnie kontrataków, zatem nie porywało i trudno było mieć o to do zawodników pretensje. Jedna niekontrolowana wywrotka i mocne stłuczenie gwarantowane.

Cracovia nie cudowała, stawiając na długie podania z głębi pola czy stałych fragmentów gry. Patrząc organizację gry Legii – Antolić skutecznie czyścił strefę od dwudziestego metra do koła, za nim zaś czaiła się para Remy-Pazdan – niespecjalnie nas to dziwiło. Obejście takich zasieków najprostsze jest drogą powietrzną. Szczególnie postura Francuza i perspektywa walki z nim bark w bark robiła upiorne wrażenie. Facet wyglądał, jakby w dzieciństwie wpadł do kotła z tauryną.

Gwoli sprawiedliwości piłkarze Pasów w defensywie również ogarniali na przyzwoitym poziomie. Pressing, dublowanie pozycji, asekuracja – Legioniści najczęściej podawali w szerz, nie mając koncepcji wtargnięcia w pole karne Peskovicia. Pytanie brzmiało – która ekipa padnie jako pierwsza? Zasuwać można jedną połowę, dwie trzecie meczu, ale potem płuca już nie te i trzeba gonić charakterem. Legia próbowała ładować się skrzydłami, raz z lewej, raz z prawej, lecz było tam ciasno jak w porannym tramwaju na Marszałkowskiej – brak wolnych miejsc.

Gospodarze ewidentnie nastawili się na grę kontratakami, jednak robili to z gracją spacerującego po autostradzie łosia i jedynie ich dośrodkowania sprawiały trudność mistrzom Polski. W pierwszej połowie raz uderzał głową Dimun, raz Helik – w obu przypadkach piłka trafiała w któregoś z Legionistów stojących na linii. Oni z kolei seryjnie nie trafiali w bramkę Peskovicia, w czym dominował Niezgoda. Akcje ofensywne obu drużyn – poziom Kambodża.

Podobnego zdania był Romeo Jozak, który po przerwie zmienił Eduardo na Hlouska. Co dzięki temu zyskał? Spory bałagan w swoim lewy sektorze. Cracovia wykorzystywała dezorientację Jędrzejczyka i kilkukrotnie wparowała w pole karne Legii, robiąc tam niezłą zadymę, niestety dla widowiska bezproduktywnie. Nieobudzeni takim rozwojem wypadków goście w dalszym ciągu prosili się o liścia i tylko indolencji Piątka oraz usiłującego dobić jego akcję Rakelsa zawdzięczali, że ich spóźniony powrót za kontratakiem nie skończył się prowadzeniem Cracovii. Gdyby Jozak mógł, wziąłby czas.

Legia próbowała się odgryźć, ale robiła to w kompletnie pozbawiony sensu sposób. Jak już udało się Vesoviciowi zakręcić Pestką, to oddał ni to strzał, ni podanie, oczywiście donikąd. Pustych przelotów goście notowali zbyt wiele, by piłkarze Pasów poczuli się zagubieni, a kiedy skleiła im się jedna akcja w 62 minucie, Szymański zamiast lutować ile fabryka dała, kopnął piłkę w sam raz na interwencję meczu w wykonaniu Helika. Chłopak dopadł futbolówkę już na linii i wywalił ją w kibini mater. Niewiarygodna sytuacja.

Oglądaliśmy grę Pasów i przecieraliśmy oczy ze zdumienia. Nie dlatego, że grali jak na Copacabanie, że popisywali się grą na jeden kontakt, że dwoma podaniami pakowali się Legionistom do chałupy. Ciągle jednak mieli dość siły, by prostymi środkami – pressingiem, jazdą na dupach, wolą walki i w miarę celnymi podaniami – rozszarpywać obronę gości. Ta pruła się jak stare gacie i wszystko wskazywało na to, że zawodnicy Jozaka w ostatnim kwadransie będą walczyć o zachowanie jednego punktu. Kiedy tylko mogli, cierpliwie rozgrywali piłkę na połowie gospodarzy, by nie dać się złapać na wykroku.

W międzyczasie na murawie pojawił się Radović, który przypomniał nam, że nikt w tej lidze tak efektownie i rozpaczliwie nie macha rękoma jak robi to poczciwy Rado. Naprawdę można uwierzyć, że chłopu dzieje się krzywda.

Do samego końca oglądaliśmy regularną młóckę, w której nieco lepiej odnalazła się Cracovia. Co z tego, skoro zapędy ofensywne obu drużyn przypominały podryw na Golfa IV – cała para poszła w gwizdek.

Cracovia 0:0 Legia Warszawa

Cracovia: Pesković, Fink, Helik, Dytiatjew, Pestka, Rakels, Hernandez (89’ Drewniak), Dimun, Covilo, Zenjov (81’ Culina) ,Piątek (89’ Brock-Madsen)

Legia: Malarz, Jędrzejczyk, Rémy, Pazdan, Hloušek (46’ Eduardo), Vešović, Mączyński, Antolić, Hamalainen, Szymański (73’ Kucharczyk), Niezgoda (81’ Radović)

Żółta kartka: Helik – Hlousek, Remy, Jędrzejczyk

Czerwona kartka: –

Sędziował: Bartosz Frankowski

Widzów: 2152




Komentarze


Lubisz to? Podziel się ze znajomymi!

0
6 udostepniania

LOTTO Ekstraklasa. Cracovia rozgryzła zaspaną Legię. Podział punktów przy Kałuży.