fot. własne/Paweł Jerzmanowski

LOTTO Ekstraklasa. Śniegiem opętani, wciąż niepokonani. Remis przy Reymonta.


0


Przyznajmy szczerze – gdyby przyszło nam obejrzeć spotkanie pokroju Piasta z Sandecją, prawdopodobnie wybralibyśmy cztery ściany, chrzczoną herbatę i ciepłe kapcie. Nieludzko niska temperatura powietrza, opustoszałe przez to trybuny, murawa twarda jak kostka brukowa, szanse na widowiskową grę mizerne. Ale skoro spotkać się miały Wisła Kraków z Koroną, nie było psia krew wyjścia – trzeba iść.

Bo jak nie wybrać się mecz, w którym zetrzeć się miały dwa niepokonane jeszcze w tym roku kluby? Zajmujące miejsca w górnej ósemce, walczące do ostatnich minut, poukładane na co najmniej przyzwoitym poziomie. Z jednej strony szaleństwo Carlitosa wsparte kumatymi kolegami. Z drugiej trzepnięta w garnek Korona, do której najwyraźniej nie dotarły prognozy fachowców mówiące o tym, że powinna z pogryzionym przez mole kapeluszem szwendać się po boiskach Ekstraklasy i żebrać o punkciki. To właśnie trenera Korony Stefan z „Poranku kojota” tak naprawdę miał na myśli, mówiąc  „jeżeli czegoś nie da się zrobić, potrzebny jest ktoś, kto o tym nie wie – przyjdzie i to zrobi.” Wypisz wymaluj Gino Lettieri. Włoch przyszedł i ogarnął temat, proste.

Na murawie wyglądającej jakby kładli ją Państwo Witkowscy, lepiej od początku prezentowali się gospodarze. Ślepy los pozwolił im atakować na mniej zaśnieżoną połowę, dzięki czemu ich akcje nabierały większego rozmachu już w okolicy koła. Pierwsze groźne sytuacje? Rzecz jasna Wisła. Najpierw Imaz efektownie spartolił jeden na jeden, potem swoje dołożył Cywka z dystansu i Boguski z ostrego kąta, lecz osiągnęli taki sam skutek jak Hiszpan. Korona zdawała się być zorientowana wyłącznie na przeszkadzanie rywalom, mając widoczne problemy z wymianą dwóch, trzech celnych podań w ofensywie.

Poziom Radomiak? Nie do końca. Carillo zaskoczył Bartkowskim na środku obrony, przez co linia defensywna Wisły wyglądała na lekko scentrowaną, co goście bez skrępowania wykorzystali w 20 minucie. Pierwszy groźny abordaż kielczan, dośrodkowanie na piąty metr, gdzie nabiegający w samotności Kiełb przylutował wprost w Cuestę, jednak zrobił to na tyle mocno, że piłka wturlała się do bramki. Misterny plan Carillo z racjonalnym budowaniem ataków szlag trafił.

Od tej pory zaczął się okres nerwowej gry Wiślaków i sukcesywnego jej demontażu przez zawodników Lettieriego. Korona grała to, co lubi najbardziej – awantura z czujką na oriencie, natomiast Biała Gwiazda musiała się zmierzyć z twardym boiskiem, sypiącym gęsto śniegiem, kieleckimi wielkoludami i swoimi słabościami w rozgrywaniu akcji. I trzeba przyznać, choć założyła bagnety na broń, do 36 minuty szło jej to topornie. Nawet podyktowany rzut karny wykonany przez Carlitosa zdał się na nic – Alomerović zaliczył paradę że palce lizać.

A potem Llonchowi zagotował się czajnik, w polu karnym Korony zaczął dryblować rywali, skąd piłka wpadła pod nogi Imaza i bum – bramkarz Korony załapany w sidła, 1:1. Śniegu więcej niż trawy, minus milion stopni, a jeden Hiszpan kiwa, drugi ładuje między nogami bramkarzowi – ot Ekstraklasa. Za to sędzia Piotra Lasyka popłynął w odwrotnym kierunku niż Llonch i najwyraźniej zgubił żółty kartonik, bowiem innej opcji nie dopuszczaliśmy do siebie w przypadku faulu Diawa na Boguskim. Atak od tyłu w nogę przeciwnika – kartka jak amen w pacierzu.

Przyjemnie oglądało się grę Lloncha. Niski, technicznie żaden gamoń, świetnie trzymał się na nogach na zaśnieżonej murawie. Brał się za rozgrywanie, jak trzeba ganiał po skrzydle, w przechwycie pracował jakby liczono mu wypłatę na akord. Formę złapał, że tylko zacmokać.

Druga połowa – będąc całkiem szczerzy – oglądaliśmy jednym okiem, drugim badając swoje funkcje życiowe. Wisła miała przewagę, raz za razem pakowała się do chałupy Koronie, lecz długo efektów było z tego mniej niż Niecieczy zdrowego rozsądku. W 63 minucie Carlitos – jak nie on – koncertowo skiepścił woleja z piątego metra. Fakt, stał na pozycji spalonej, niemniej w czasie oddania strzału tego nie wiedział. Coś niedobrego dzieje się z tym chłopakiem. Bez przyłożenia z szesnastki spróbował też swojego szczęścia Boguski, ale wcelował w bandę reklamową. Nieskalibrowani wyszli Wiślacy na drugą część gry.

A co z Koroną? Poza jednym wypadem Kallaste nie istniała. Ekipa z Kielc wyglądała, jakby ich celem nadrzędnym było przetrwanie w jamie śnieżnej. Diaw konsekwentnie pracował na czerwoną kartkę na Boguskim oraz Imazie, jednak jego starań o dziwo długo nie doceniał Lasyk. Dla nas to sędzia tego spotkania powinien jakiś czas pooglądać ligę z perspektywy fotela w swoim domu. Najlepiej z Diawem, który ostatecznie wyleciał do szatni polutować styki w swojej bańce.

Wisła dalej napierała, optycznie zbliżając się do celu. W końcówce Carlitos najpierw obił Alomerovicia, potem zaś zaliczył poprzeczkę jego bramki. Co z tego, skoro między jednym atakiem były zbyt duże odstępy czasu, by Korona nie zdołała się poustawiać w defensywie. W krakowskiej mowie – Wisła nie wcisła i skończyło się remisem.

Wisła Kraków 1:1 Korona Kielce

20’ Kiełb

37’ Imaz

Wisła: Cuesta, Palčič, Bartkowski, Wasilewski (82’ Velez), Sadlok, Mitrović, Cywka (87’ Halilović), Llonch, Boguski (79’ Bałaniuk), Lopez, Imaz

Korona: Alomerovic, Rymaniak, Dejmek, Diaw, Kallaste, Żubrowski, Petrák (46’ Malarczyk), Cebula (66’ Gardawski), Możdżeń, Kiełb, Kaczarawa (46’ Cvijanović)

Żółta kartka: Llonch, Boguski, Sadlok  – Diaw x2, Możdzeń

Czerwona kartka: – Diaw

Sędziował: Piotr Lasyk (Bytom)

Widzów: 4022





Like it? Share with your friends!

0