fot. własne/Paweł Jerzmanowski

LOTTO Ekstraklasa. Ani mecz, ani impreza masowa. Nagroda za wytrwałość dla Pasów.


0


W Cracovii Michała Probierza jest coś archetypowego.  Oglądaliśmy jej spotkanie z Legią ze szczerym podziwem – bynajmniej nie dlatego, że swoimi popisami piłkarze Pasów mogliby zapełnić spot reklamowy giganta z branży odzieży sportowej. Wyglądali jakby nauczyli się grać w piłkę sto lat temu, kiedy za boisko uchodziło pięćdziesiąt wolnych metrów kwadratowych znajdujących się gdziekolwiek, za piłkę robiły pozszywane ze sobą na kształt kuli szmaty, a obuwie piłkarskie ważyło kilogram.

Jednak swoją zawziętością, chęcią udowodnienia rywalom, w czyjej kieszeni leżą klucze do bramy na tym podwórku – całym arsenałem siły momentami sprawiali, że Legioniści – mistrz Polski i jedna z dwóch najlepszych ekip tego sezonu – byli skołowani jak po godzinnej wizycie na karuzeli. Jeden szedł w prawo, drugi w lewo, trzeci leciał do ławki po Aviomarin.

A teraz na stadionie przy Kałuży należało równie godnie potraktować Arkę Gdynia, która w czterech spotkania trzykrotnie bezbramkowo remisowała i raz dostała w czapkę. Będąca świeżo po wyjazdowym zwycięstwie w Płocku Cracovia miała więc zadanie z pozoru najłatwiejsze w rundzie wiosennej. Pytanie jak ułoży sobie w głowie odegranie roli faworyta? Przecież nie miała dotąd tego dobrze przećwiczonego.

Długo szukaliśmy odpowiednich słów, by wyrazić to, co przyszło nam oglądać w pierwszych minutach spotkania. Nie chcieliśmy nikogo niepotrzebnie urazić, w końcu było zimno, kibiców garstka, murawa sina od mrozu i ta ostatnia handlowa niedziela aż do końca marca. Panowie piłkarze mieli pełne prawo zająć się czymkolwiek innym, byle nie spędzić popołudnia w kusych spodenkach, uganiając się za piłką.

Niestety nie skorzystali z niego.

Oglądaliśmy najprawdziwszą prowokację. Pierwsza akcja Arki? Wycofanie do obrońcy i laga Bóg wie gdzie. Kolejna? Podobnie – jebnąć piłkę byle dalej. I tak z uporem maniaka. Bez ładu, składu i chęci wykonania swojej pracy na poziomie otrzymywanego wynagrodzenia. Cały pomysł na zdobycie punktów oparty był chyba o założenie, że Cracovia zejdzie na moment napić się herbaty. W zasadzie każdy wykonany przez gości rzut rożny szedł w diabły.

Co zatem z Cracovią? Szarpał Ferraresso na boku, to jego stroną gospodarze budowali większość swoich akcji. W jednej sytuacji Brazylijczyk elegancko odpalił do Zenjova, który ostatecznie przegrał pojedynek biegowy ze  Steinborsem. W 18 minucie kapitalnie Rakels uruchomił Hernandeza, lecz ten miał za mało gazu w nogach i zamiast czystej sytuacji sam na sam otrzymał blokadę od Marciniaka. Tyle musiało nam wystarczyć w pierwszych dwudziestu pięciu minutach. Bieda.

A nie, przepraszamy, swoje dołożył Piesio. Trafił go Covilo, więc ten zawył z bólu i się położył. Po chwili już klęczał i dyskutował z sędzią, po czym wstał i zrezygnowany odszedł, machając ręką jakby stracił właśnie dwa zeta w trzy kubki.

– Panie sędzio to była żółta! Żółta panie sędzio!

– Masz rację Grzesiu, to dam.

Tak miało to wyglądać? Poważny on?

W każdym razie mieliśmy szczerą nadzieję, że jakaś klinika leczenia bezsenności nagrywa ten mecz. W 29 minucie z letargu wyrwał nas znowu Piesio, tym razem w jak najbardziej piłkarskim kontekście. Mocno przyłożył z dystansu i Pesković musiał sobie pofruwać. Skoro dało się, czemu karmili nas takimi malutkimi porcjami?

Cracovia oddała środek pola, Arka nie wiedziała co z tym zrobić, więc oglądaliśmy niezdarny impas obu bezzębnych drużyn. Rozegranie w ekipie Leszka Ojrzyńskiego pod względem planu taktycznego i tempa to była epoka kamienia łupanego. W 37 minucie bliska objęcia prowadzenia była Cracovia, ale na linii poczarował Steinbors, któremu cudem udało się odbić strzał głową Covilo. Wysokiej klasy interwencja bramkarza gości.

W 42 minucie po dośrodkowaniu i przedłużeniu podania przez Covilo Helik wpakował Arce gola. Hura. Co prawda Cracovia pod koniec pierwszej połowy wzięła gości pod buta, lecz bez żadnych efektów. „Niestety pewnie coś doliczy” padło na prasówce. Kurtyna.

Wdowiak w drugiej połowie dał dobrą zmianę za Zenjova. Szybko przeprowadził skrzydłem dwie mające rozmach akcje i po jednej nich Arka wybrała się z kontratakiem pod bramkę Peskovicia. Efekt? Szarża Szwocha, strzał z dystansu Kriwieca i siata. Piękny gol kompletnie nie pasujący do obrazu gry Arki. Jeśli tak miało być, to okej, tylko mogli dać tego więcej.

Goście po tej bramce nabrali rozpędu i skrzydłami zaczęli napierać na Cracovię. Raz pogubił się Pesković i zrobił się smród, lecz uratowali go asekuracją koledzy z obrony. Aż prosiło się, by ukarać Słowaka za gapiostwo, może wtedy Pasy wrzuciłyby trzeci bieg. Serdecznie dość mieliśmy tego spacerowania.

Najbardziej bolesne dla oczu były problemy obu drużyn z grą na jeden kontakt. Liczba N akcji, które umarły śmiercią naturalną, kiedy ktoś nie potrafił w tempo odegrać piłki. Do 75 minuty w Arce była tylko jedna zmiana. Ojrzyński albo był bezradny, albo zadowolony. Co gorsze?

Obie ekipy sprawiały wrażenie, jakby urządzał je remis i wydawało się, że nie mogło się skończyć inaczej. W samej końcówce przed szereg jednak wyszedł Hernandez, jego strzał głową doskonale jeszcze zdołał odbić na Steinbors, ale sekundy później po rzucie rożnym wyrok wykonał Piątek.

W każdym razie marzyliśmy tylko o jednym – niech ta zima się już skończy.

 

Cracovia 2:1 Arka Gdynia

42’ Helik

59’ Kriwiec

89’ Piątek

Cracovia: Pesković, Ferraresso, Helik, Dytiatjew, Pestka, Covilo (46’ Datković), Dimun, Rakels (32’ Strózik), Hernandez, Zenjov (54’ Wdowiak), Piątek

Arka: Steinbors, Zbozień, Marcjanik, Helstrup, Warcholak, Kriwiec, Sołdecki, Marciniak (90’Jurado), Kun (78’ Janus), Piesio (67’ Jankowski), Szwoch

Żółta kartka: Covilo – Zbozień

Czerwona kartka: –

Sędziował: Tomasz Kwiatkowski (Warszawa)

Widzów: 2054





Like it? Share with your friends!

0