LOTTO Ekstraklasa. Jeszcze nie wybitnie, ale Cracovia kwitnie. Sandecja wypunktowana w Krakowie.


fot. własne/Paweł Jerzmanowski


To był bardzo ciepły, sierpniowy wieczór, aktualny sezon Ekstraklasy dopiero nabierał kształtu. Imponowała nam kosmiczna forma podstarzałego Igora Angulo, dopiero gęstniała atmosfera wokół Jacka Magiery, nie przypuszczaliśmy też, że w przekroju całego sezonu Lechia Gdańsk ostatecznie okaże się zbieraniną ludzi potwornie znudzonych swoją pracą.

Siedzieliśmy na trybunie prasowej stadionu Cracovii i wraz z kilkoma dziennikarzami uskutecznialiśmy luźne pogaduchy na temat meczu, który poprzedzał pojedynek Pasów z Górnikiem Zabrze. Spotkanie Lechia – Sandecja wyglądało jakby wsiąść do wagonika kolejki górskiej z zabezpieczeniami na rzepy. Dwubramkowe prowadzenie gości po strzałach Dudzica, czterominutowa odbudowa gospodarzy i wbijający im w samej końcówce sztycha Trochim. 2:3, bukmacherzy w euforii, kibice w szoku.

Wtedy z ust jednego z naszych znajomych-pismaków padło sakramentalne: „zobaczycie, Sandecja wejdzie do ósemki”. Aha.

Ostatnia wygrana piłkarzy z Nowego Sącza miała miejsce niewiele później, bowiem zdarzyła się 17 września. Bez wyciągania kalkulatorów – właśnie mija pół roku, odkąd szatnia Sandecji ostatni raz miała okazję świętować wywalczenie trzech punktów. Od tamtej pory – dziewięć remisów i tyle samo razy plecy. Wskaźniki wstydu na czerwonym.

Sandecja miała twarz Kazimierza Moskala – zamyśloną, smutną, pogodzoną z losem.

A Cracovia? Za ten sam okres – osiem zwycięstw i po równo remisów oraz porażek. Piąte miejsce. Roślinka ewidentnie zaczęła Michałowi Probierzowi wypuszczać pierwsze zielone pędy – choć ciągle swoją grą Pasy potrafiły zanudzić człowieka na śmierć, punktowali i coraz częściej łapali wiatr w żagle.

W argumentach za zwycięstwem Cracovia prowadziła z Sandecją dwucyfrowo. Do zera.

Jak na panujące warunki atmosferyczne – niemiłosierny wiatr w duecie z mrozem – zawodnicy obu drużyn od początku wyglądali jakbyśmy byli w trakcie majówki. Nie brakowało gazu, akcji skrzydłami, walki do upadłego czy sytuacji strzeleckich. Szarpał Rakels, Piątek śmigał od prawej do lewej, wiążąc po dwóch obrońców, a Trochim nie najgorzej rozgrywał. Można było to oglądać bez typowego „na litość boską”. Strzelali Piszczek i Mraz, a po stronie Pasów ładował Zenjov i niezdarnie próbował tego samego Piątek. Wszystko jak na złość obok bramki.

Ale że zobaczymy Zenjova przerzucającego nad rywalem piłkę piętą, na to byśmy nie wpadli. Taka nagroda za siedzenie w tej lodówce.

Dobrze prezentowa się Piątek. 18 minuta – rajd zakończony niezłym strzałem, z którym trudności miał Pietrzkiewicz. 21 minuta – wywalczony rzut wolny. Chłop ganiał jak opętany, a co najważniejsze robił to z mądrze.

W 25 minucie Helik doskonale uwolnił się spod krycia i po dośrodkowaniu uderzał głową. Sam strzał marny, lecz tempo z jakim wpakował się na piąty metr było imponujące. Dziesięć punktów w skali Wasyla.

Ostatni kwadrans pierwszej połowy był już jak siedzący pod prasówką śpiewający samotnie kibic. Z wiarą na lepsze jutro, ale bez repertuaru, który mógłby porwać do działania. W dalszym ciągu Piątek robił najwięcej w ofensywie Cracovii, jednak otoczony wielkimi jak Dąb Bartek obrońcami Sandecji miał mocno zawężone pole manewru. Dołożył dwa kolejne strzały, lecz bez efektów – dostęp do bramki Pietrzkiewicza był ograniczony. Swoją drogą bramkarz gości miał przedziwny wstręt do łapania piłek. Co interwencja, to siatkówka.

Trzeba było jednak przyznać, że Cracovia siadła na Sandecji jak stukilowy zapaśnik na pryszczatym piętnastolatku. I w końcu dopięła swego. Dośrodkowanie Siplaka, Piątek przestawia Szufryna i z bańki bardzo mocno po rękach bramkarza wyprowadził Pasy na prowadzenie. Świetna akcja napastnika gospodarzy. Czemu w 43 minucie próbował naciągnąć sędziego na rzut karny i nieco pobrudzić sobie ocenę za występ w pierwszej części gry, tego naprawdę nie potrafiliśmy ogarnąć.

Druga połowa wyglądała identycznie. Cracovia spokojnie budowała kolejne ataki w różnoraki sposób. Skrzydłami, środkiem, wymieniając przy tym od groma celnych podań. Sandecja robiła, co mogła, by jakoś się odgryźć. Rzecz w tym, że mogła niewiele albo nic. Była bezzębna, pozbawiona koncepcji, jak napocząć rywali. A Pasy sukcesywnie zdobywały teren, notując kilka stałych fragmentów gry. Piłkarze Probierza szli po trzy punkty na dużym luzie.

Jedyną zmianę, jaką dało się zauważyć, to śnieżyca. Z dużej zrobiła się ogromna, co jednak nie zdławiło spotkania. W 66 minucie kapitalnie kontratak rozprowadził Hernandez, który balansem ciała rozpędził na skrzydle Rakelsa. Jego dośrodkowanie trafiło do Finka, któremu zabrakło pomysłu na wykorzystanie świetnej akcji Hiszpana. Mimo tego na kilometr pachniało kolejnym golem dla Cracovii.

Dobrą okazję do odrobienia strat miał Mraz, lecz jego rzut wolny w 69 minucie poszedł w maliny. W 72 minucie rozbawił nas Hernandez. Spierniczył kontratak, podając do Piątka o wiele za mocno i nieclenie i jeszcze miał pretensje do napastnika Pasów, że ten nie dobiegł. Kabaret.

Co ma wisieć, nie utonie. W 76 minucie Piątek dobiegł do linii, skąd posłał piłkę w stronę bramki, a tam swoje trzy grosze dołożył Dimun i zrobiło się 2:0. Minęły dwie minuty i Sandecja odpowiedziała golem Piszczka po rzucie rożnym. Zachowanie obrońców Cracovii przy tej akcji było arcyniepoważne – napastnik gości stał samiuteńki na piątym metrze. Mógł równie dobrze wyciągnąć selfiesticka i od razu zrobić sobie fotkę z zaskoczonym Peskoviciem. W 85 minucie głowami zderzyli się Culina i Szufryn, wstrząsający obrazek. Na szczęście bez znaczących powikłań, bowiem panowie ostatecznie wstali o własnych siłach, choć Culina zjechał do zajezdni. Pilot z nami nie leciał.

Rozpędzona Cracovia zasłużenie dowiozła do ostatniego gwizdka zwycięstwo.

Cracovia 2:1 Sandecja Nowy Sącz

39’ Piątek

76’ Dimun

78’ Piszczek

Cracovia: Pesković, Fink, Helik, Dytiatjew, Siplak, Covilo, Dimun, Zenjov (73’ Culina, 89’ Dąbowski), Hernandez, Rakels (73’ Ferraresso), Piątek

Sandecja: Pietrzkiewicz, Bartosz, Szufryn, Kraczunow (79’ Brzyski), Benga, Mráz, Kasprzak, Baran (59’ Danek), Trochim (46’ Kolev), Małkowski, Piszczek

Żółta kartka: Covilo, Dimun – Małkowski, Kraczunow, Piszczek, Mraz

Czerwona kartka: –

Sędziował: Zbigniew Dobrynin (Łódź)

Widzów: 1783




Komentarze


Lubisz to? Podziel się ze znajomymi!

0
12 udostepniania

LOTTO Ekstraklasa. Jeszcze nie wybitnie, ale Cracovia kwitnie. Sandecja wypunktowana w Krakowie.