Niestrawność po pekińskiej kapuście. Prjović odleciał, ale już wraca. | PolskaPiłka24.Net

Niestrawność po pekińskiej kapuście. Prjović odleciał, ale już wraca.



Od samego początku wiadomym było, że do Polski przyjechał rzadkiej maści prawdziwek. Że Książę Persji przy nim to zwykły wioskowy Psikuta. „Powiedziałem sobie, że skoro jest 30 tys. ludzi na trybunach, to jak oni mają uwierzyć, że jestem najlepszy, skoro ja sam w to nie wierzę?”. Nieco później rozwiał wszelkie wątpliwości: „Widzisz… jestem osobą, którą się albo kocha, albo nienawidzi. Nie ma nic pomiędzy.” Oglądając jego występ na Stadionie Narodowym zupełnie szczerze obawialiśmy się, że nosem zahaczy o wiechę i cała konstrukcja dachowa załapie się na serwis pogwarancyjny.

Aleksandar Prjović niezależnie od tego jak długo jeszcze będzie reprezentował barwy Legii Warszawa, na wiele lat pozostanie w naszej pamięci. Efektem ubocznym profesjonalizacji naszej ligi stała się obliczalność rozmów z piłkarzami. Niemal każdy z pozakładanymi bezpiecznikami – menadżerem i rzecznikiem prasowym klubu na głowie – gada to samo, jakby wcześniej wszyscy umówili się na jedną wersję wydarzeń. Starali się, chcieli bardzo, muszą ciężko pracować i nie odlecieć ponad wierzchołki chmur. Słyszeliśmy to bodaj z tysiąc razy, przeważnie łapiąc przy tym głębszy oddech, by nie ziewnąć rozmówcy prosto w twarz i nie narobić sobie obciachu.

A Prijo zawsze potrafił chlapnąć coś z dupy. Szanujemy.

Do tej pory mieliśmy go za zwyczajnego fantastę. Ilu to już takich przerabialiśmy? Niegroźny gawędziarz, który na sto kłopotliwych pytań znajdzie sto jeden odpowiedzi zaczynających się od „ale”. W jednym klubie grał super, tylko brakowało goli. W innym miejscu nie lubił go trener, choć był najlepszym napastnikiem w promieniu stu mil. Potem trafił do Lausanne-Sport, które niezagrożone spadkiem przez bankructwo Neuchatel Xamax i wagon ujemnych punktów dla Sionu rzekomo postanowiło promować swoich wychowanków. Rzecz w tym, że na ławce w Lozannie posadzili go wtedy 26-letni Jocelyn Roux i Júnior Negão oraz 30-letni Matt Moussilou, z których żaden nie przewinął się przez zespoły młodzieżowe miejscowego klubu. Reszty podanych przez niego informacji przez litość nie chcieliśmy sprawdzać.

Mister Tralalala tymczasem postanowił pójść o krok dalej. Za pośrednictwem Superaka ogłosił: „Moja misja w Warszawie dobiegła końca. Odchodzę z Legii.” Wszystko byłoby w porządku, gdyby taki obrót spraw najpierw uzgodnił z klubem, z którym wiąże go kontrakt. Chyba tak by wypadało, prawda? Klub zobowiązał się wypłacać mu pieniądze w zamian za świadczenie konkretnych usług w określonym czasie? Piłkarz zgodził się na takie porozumienie? Zaparafował? Jeśli nie przez przyzwoitość, to kierując się zdrowym rozsądkiem Prijović ze swoimi planami powinien najpierw udać się do szefów Legii i przekonać ich, żeby go sprzedali. Robiąc to odwrotnie podjął próbę opuszczenia samochodu przed jego zatrzymaniem. Bez siniaków? Niewykonalne.

Oferta ląduje na stole – okej, siadajmy i omówmy ją. W zaciszu gabinetu prezesa, wieczorem, przy drinku i sentymentalnych wspomnieniach ze wspólnej współpracy. Z tych dobrych i gorszych chwil, śmiesznych i tych jeszcze śmieszniejszych. Możesz odejść pod warunkiem że. Nie odejdziesz, jeśli oni nie zrobią tego i tamtego. Negocjacje mogą trwać całymi miesiącami, piłkarz może się zżymać i błagać na kolanach szefów o zgodę na transfer, ale to oni są rozgrywającymi. Zawsze. Kierują ruchem w obu kierunkach i piłkarz musi to rozumieć, inaczej sam spowalnia swoją karierę i wystawia się na pośmiewisko. Wsadzasz komuś swoją kartę zawodniczą do szuflady? Pamiętaj, że nie dostaniesz do niej klucza. Naiwnym byłoby sądzić, że go w ogóle zobaczysz.

Czym kierował się Prijović, idąc do Piotra Koźmińskiego na spowiedź? Prawdopodobnie chciał wywrzeć presję na swoich szefach. W jaki sposób miało to zadziałać? Kibice Legii mieli zalać klubową skrzynkę e-mail wiadomościami z poparciem dla tego transferu? Doprawdy nie jesteśmy w stanie rozgryźć toku myślenia Szwajcara. Cała sytuacja jest na tyle absurdalna, że musielibyśmy najpierw przyjąć końską dawkę skopolaminy. Jeśli całą tę akcję nakręcił jego menadżer albo będąc świadomy sytuacji nie powstrzymał jej, to gratulujemy Prijo doradcy. Wart Pac pałaca, a pałac Paca.

Włodarzom Legii nie pozostało nic innego, jak odrzucić opiewającą na 1,5 mln € ofertę. Choćby nawet chcieli go za taką sumę opchnąć na Wschód, po prostu nie mogli tego zrobić. Daliby tym samym do zrozumienia, że:

– transfery w Warszawie załatwia się nie z dyrektorem sportowym, a z poczytną redakcją będącą poza strukturami organizacyjnymi klubu;
– stanowisko dyrektora sportowego to wyłącznie pozycja na liście płac, przez co w pionie sportowym mogłoby dojść do ujawnienia się kilku zwalczających się kierowniczych osobowości;
– w każdej chwili można z Warszawy wyjechać, wystarczy że na stół wjedzie oferta;
– Legia nie ma planu budowy drużyny, tylko czeka na sygnały z rynku;
– karnety bezpieczniej jest kupować dla krzesełka na Łazienkowskiej niż dla ulubionych piłkarzy i potencjalnych sukcesów, przez co zrezygnować z zakupu mogłaby grupa kibiców lubiąca przede wszystkim piłkę, a nie Legię;
– sponsorzy niekoniecznie będą mieć okazję zaprezentowania swoich logotypów w europejskich pucharach, jeśli Legia puszcza w świat swoich najlepszych piłkarzy, kiedy oni tylko mają na to ochotę.

Dlatego z powodów wizerunkowych i wychowawczych szefowie Legii zostali postawieni przez samego Prjovicia przed faktem dokonanym i wręcz musieli powiedzieć Chińczykom kancjerta nie budiet. Szwajcar chciał sobie załatwić wyjazd do Azji, a zamiast tego zagwarantował sobie przedłużenie warszawskiego meldunku. To tak jakby chcąc dostać się z Poznania do Wrocławia, wsiąść w pociąg do Szczecina. Nie tędy droga.

Co zatem postanowi Legia? Ma trzy wyjścia:

– poczekać na lepszą ofertę i sprzedać go w kibini mater, na co dzień Chińczycy operują nie taką kapustą, a dodatkowe pół miliona raczej by zamknęło temat;
– nie sprzedawać ze względu na brak lepszej oferty;
– nie sprzedawać w związku z odejściem Nikolicia.

Ciekawi nas, czy na ostateczne rozwiązanie przyjdzie Prjoviciowi czekać jako piłkarzowi rezerw, czy może pozostanie w I zespole. Przeniesienie do zespołu dzieciaków nie byłoby raczej permanentne, a miałoby charakter prewencyjny. Byłoby sygnałem dla pozostałych piłkarzy, którzy w pewnym etapie swojej kariery zechcieliby robić sobie jaja z klubu. Lekcję pokory można też przyjąć, patrząc na wszystko z boku. Legię na to stać, aczkolwiek lepiej w księgach wygląda kilka baniek na plusie niż kilkaset tysięcy wydane na piłkarza dwójki.

Sytuacja z Prijoviciem jest nauczką dla wszystkich aktualnych i przyszłych piłkarzy Legii. Klub rozwija się na każdym poziomie, musi więc dbać o to, jak postrzegany jest przez środowisko. To ciężar, którego nie udźwignął Steeven Langil i któremu teraz nie podołał napastnik Legionistów.

Alex, ruszże wreszcie głową także poza boiskiem.

Komentarze




Share this post