Po stu milionach za Bale’a to była kwestia czasu. Mundial 48 to nasza rzeczywistość. | PolskaPiłka24.Net
fifa

Po stu milionach za Bale’a to była kwestia czasu. Mundial 48 to nasza rzeczywistość.

Z tekstem dotyczącym rozszerzenia grona uczestników Mundialu celowo wstrzymaliśmy się jeden dzień. By bez presji czasu, za to ze szklanką ulubionej substancji w dłoni móc poczytać wasze komentarze na ten temat. Ciekawi byliśmy, w którą stronę je skierujecie. Zastanawiało nas, czy zdominuje je nurt rozczarowania lub wręcz oburzenia wywołanego dokonaniem zamachu  na elitarność tego turnieju. Czy może wprost przeciwnie zostanie doceniona chęć przeformatowania rozgrywek poprzez wpompowanie do nich sporej ilości świeżej krwi. Interesowało nas to głównie dlatego, ponieważ sami do końca nie byliśmy i w dalszym ciągu nie jesteśmy pewni, czy w konsekwencji okaże się to słuszny ruch.

Nie damy się nabrać, że skutki tej zmiany można precyzyjnie przewidzieć tu i teraz. Że na sto procent turniej poleci poziomem na ryj albo bankowo okaże się bardziej interesujący. Analizy zostawmy na czas, kiedy Mistrzostwa Świata w 2026 r. trafią do archiwum, bo teraz przypomina to głupawe gapienie się w szklaną kulę. Jaką dziś mamy pewność, że na imprezę rozegraną w połowie przyszłej dekady pojadą tabuny miernot, dla których korzystanie z ruchomych schodów byłoby doskonałymi zajęciami wyrównawczymi? Doczekaliśmy czasów, w których na Islandii mają więcej obiektów piłkarskich niż wulkanów, a jest ich tam grubo powyżej setki.

Futbol wymaga dwóch kamieni i piłki za pięć złotych. Dzięki temu ma niesłychane zdolności adaptacyjne nawet na końcu świata, zapraszamy do Niecieczy.

Biorąc dodatkowo pod uwagę, że zmiana wejdzie w życie za dziesięć lat, zaś jedna epoka w piłce trwa obecnie około pięciu sezonów – mówimy o reformie mającej narobić zamieszania w dyscyplinie sportu, która do tego czasu jeszcze dwukrotnie samorzutnie ulegnie fundamentalnym przemianom. Wczoraj zakupy w Europie robili Amerykanie, dzisiaj nasz towar ładują sztaplarkami na pokład Chińczycy. Wagon złota dla tego, kto trafnie przewidzi, co się stanie jutro w porze obiadowej. Globalizacja dała piłce tak potężnego kopa na rozpęd, że szkiełko i oko przestały wystarczać. Bierzemy udział w wyścigu, w którym nikt nie wie, gdzie do diabła jest meta.

Czym innym jest zasadność podjęcia takiej decyzji, czym innym z kolei są warunki, jakie wymuszają poczynienia takich, a nie innych kroków. Moment, w którym zwyczajnie nie ma już wyjścia, choćby istniało ryzyko konkretnej wtopy.

Internet zrewolucjonizował sport zawodowy jako produkt. Na dzień dzisiejszy wystarczy mieć w miarę stabilne łącze i kwadrans wolnego czasu, by znaleźć transmisję dziewięćdziesięciu pięciu procent wydarzeń sportowych tego świata. Legalną bądź nie, to już kwestia sumienia każdego z nas. W każdym razie kiedyś sport na najwyższym poziomie dedykowany był dla kibiców na tyle majętnych, by móc opłacać dodatkowy pakiet kanałów telewizyjnych. Dziś w zupełności wystarczy marnej klasy smartfon oraz wi-fi. Internet zdenominował zawartość naszych portfeli i objął swoim zasięgiem każdego, kto na co dzień nie chodzi głodny.

Wyobrażamy sobie sytuację, w której mający swobodny dostęp do piłki na najwyższym poziomie kibice z kraju X przestają się interesować drużynami rodzimymi i swoją uwagę zaczynają kierować w stronę Zachodu. Zdecydowanie przyjemniej śledzi się mecze Liverpoolu z Chelsea niż Żetysu ze Szachtiorem, prawda? Przerabiamy to przecież u nas. Przepychanki internetowych fanów Legii i Lecha to niemal akademicka dyskusja światopoglądowa w porównaniu do regularnych ustawek oszołomów śpiewających do ekranów swoich komputerów pieśni o wolnej Katalonii i zawsze królewskim Madrycie. Absurd? Nic podobnego, naturalna kolei rzeczy. Ekspansja futbolu postępuje i nie bierze jeńców.

Dlatego zrozumiała jest dla nas chęć wzniecenia futbolowej szajby na rynkach do tej pory niezagospodarowanych biznesowo. Szajby ukierunkowanej na własne podwórko. Wprawdzie nie są to w większości kraje majętne, ale każdy przecież coś tam ma odłożone na przyjemności, prawda? Rzecz w tym, by wydrenować te zaskórniaki w zamian za rozrywkę, emocje, wspomnienia z turnieju i parę gadżetów. By popchnąć do rozwoju rynki zacofane, by uwolnić ich potencjał. By kibice zaczęli się interesować klubami zza rogu, a nie zza oceanu. By dzieci garnęły się do gry w piłkę, by ciągnęły swoich ojców na stadiony. By budowano  piękne sportowe areny, by z ligi wyjeżdżali młodzi i zdolni piłkarze. By wszyscy choć na moment uwierzyli, że coś znaczą.

By płynęła kasa. Do centrali.

W ramach alternatywy zawsze można założyć własne rozgrywki, znaleźć chętnych i rozbujać organizację do satysfakcjonujących rozmiarów. Oczywiście non-profit. Zawsze jest jednak jakieś prostsze „lub”.

Lub można kupić dostęp do meczu, zaprosić kumpli, pójść po piwo i zamówić pizzę, a nazajutrz wynająć boisko i pokopać piłkę z tymi sami kolegami w dopiero co kupionych korkach. Można się zżymać na rzeczywistość, tupać nogą, ale gigantycznie naiwnym byłoby sądzić, że te wszystkie koncerny inwestują w piłkę, bo ją kochają. Od wariowania na jej punkcie jesteśmy my.

Ludzie biznesu pojęli to szybciej od nas i dlatego to my wyciągamy portfele, a oni ręce po ich zawartość.

Przeglądając opinie w sieci, spotkaliśmy się z ciekawym komentarzem. Ciekawym dlatego, że najpierw przyznaliśmy mu rację, by po sekundzie odwrócić nasze stanowisko. Oto on:

Jesteśmy w grupie z Katarem i Argentyna
Pierwszy najważniejszy mecz…..po dobrej grze ogrywamy Katar 1-0
Na 98 % wychodzimy z grupy
W drugim meczu na niebotycznym poziomie przegrywamy z ARG 2-4
Cały świat zachwycony poziomem meczu , świetna gra Polaków
Ciekawe na kogo trafimy w 1/16
Ale został jeszcze ostatni mecz w grupie , po bezbarwnej grze Katarczycy pokonują ARG 1-0.

tabela <
1.ARG 3 br 4-3
2.KATAR 3 br 1-1
3 POL 3 br 3-4……czas wracać do domu

Ile będzie takich scenariuszy w grupie?”

Zakładamy, że takich scenariuszy będzie w brud. Na dzień dzisiejszy reforma mistrzostw świata jednak nie obejmuje zasad punktowania meczów i za wrażenia artystyczne bonusów nikt nie zamierza przyznawać. Dlatego w sytuacji, w której dostaniemy czwórkę od Argentyny nawet po dobrym meczu, po czym Katarczycy zrobią z nich gamoni i ogolą do zera, to nie my zasługujemy na awans, a oni. Bolałoby jak cholera, ale historia futbolu to prawie sami przegrani. Morze przegranych i ze stu zwycięzców. Kto powiedział, że piłka nożna to najmądrzejsza dyscyplina sportu pod słońcem?

Argumentem na „nie” często przez Was podnoszonym jest spodziewany spadek poziomu sportowego. Brzmi logicznie, w końcu skoro ktoś był za słaby, aby awansować na turniej, to jakim cudem miałby podnieść jego atrakcyjność? Gdybyśmy do rozgrywanego dzisiaj Mundialu dokoptowali szesnaście drużyn, parę meczów mogłoby nas naprawdę zaskoczyć i skłonić do pozmywania okien w drugim pokoju. Rzecz w tym, że reforma będzie mieć miejsce za dekadę. Sporo czasu, by nieco mocniej potrenować. Inaczej też organizuje się zawodowy sport, mając realną szansę na odniesienie sukcesu. Pojawiają się sponsorzy i obietnice polityków, a za nimi kroczą możliwości.

Takie same obawy wyrażano zresztą przed 1982 r. i 1998 r., kiedy to zwiększano liczbę uczestników Mundialu kolejno do dwudziestu czterech i trzydziesty dwóch drużyn. Okazało się, że murawa jak była zielona, tak została nadal, a w piłkę nikt nie zaczął grać na rowerach.

Dlatego w odpowiedzi na pytanie: czy poziom sportowy spadnie, czy się podniesie? My odpowiadamy – nie wiemy. Prawdopodobnie na pierwszym turnieju nieco się obniży, ale nie na tyle drastycznie, by przez miesiąc chodzić na kolanach. Pierwsza runda, ta grupowa, będzie ciut słabsza, natomiast potem wszystko wróci do normy – dobre mecze będziemy sporadycznie przeplatać takimi kąskami jak Honduras – Ekwador lub Japonia – Grecja. Świat się nie zwali, a my jak małe dzieci i tak będziemy nawijać w kółko o tym samym.

I cały nasz hajs popłynie do centrali.

Komentarze



Tags mundial

Share this post