Ruch upozorował wypadek. Cracovia zamiast nokautować, do trzech punktów dorzuciła emocje. | PolskaPiłka24.Net

Ruch upozorował wypadek. Cracovia zamiast nokautować, do trzech punktów dorzuciła emocje.

Gdyby kierować się zasadą – jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz – czekać nas miał wyjątkowo nieekskluzywny pojedynek dwóch drużyn, które w decydującym momencie walki o utrzymanie zwyczajnie rzuciły ręcznik bez wiary w możliwość wypełnienia ekstraklasowego minimum. Cracovia przystąpiła piątkowego meczu z bagażem trzech goli wpakowanych przez – rety to wydarzyło się naprawdę – Górnika Łęczna, zaś Ruch miał dużą szansę kontynuować maraton uśmiechu rozpoczęty we Wrocławiu od haniebnego 0:6 ze Śląskiem i mający swój sequel z gościnnym występem Piasta Gliwice, który doskonale wszedł w rolę oprawcy i pierwszy raz w tym sezonie wygrał różnicą trzech goli.

Dla Pasów miał to być więc kluczowy mecz w walce o przetrwanie na poziomie Ekstraklasy, drudzy mieli bić się o przetrwanie w pełnym tego słowa znaczeniu. Spadek dla zadłużonego po szyję Ruchu oznaczałby pogłębienie i tak już beznadziejnej sytuacji finansowej, zaś dla jego piłkarzy wstydliwy wpis do CV po niezbyt bohaterskiej próbie ucieczki znad przepaści. Ekstraklasa pewnie paru z nich by przygarnęła, lecz po takiej rejteradzie w rozmowach kontraktowych startowaliby od pobrania karty „cofnij się o trzy pozycje i poczekaj, co ci los przyniesie”.

Cracovia przez kilka ostatnich kolejek sprawiała nawet wrażenie, jakby w końcu stłumiła w sobie zespół stresu pourazowego – zremisowane zwycięstwo z Zagłębiem, trzy punkty z Arką, punkt w Płocku – i w końcu przyjęła do wiadomości, że zostało jej tylko kilka kroków do urwiska i trzeba spierniczać. Aż tu nagle napatoczył się Franciszek Smuda ze swoją ekipą, by z powrotem podgotować piłkarzy Jacka Zielińskiego. Oczekiwaliśmy więc ostrej amunicji.

I długo nie musieliśmy czekać. Mecz rozpoczął Ruch, wymieniając anemicznie podania byle do najbliższego. Determinacji było w nich tyle, jakby od pięciu kolejek ugrzęźli na dobre na dziesiątym miejscu w tabeli. W 2 minucie kontratak wyprowadził Malarczyk, pobiegł skrzydłem, dośrodkował do zamykającego akcję Stebleckiego, a ten mając kwadrans na podjęcie decyzji, wpakował po długim i Ruch jedną nogą zaczął wystawać nad przepaścią. Trzeba przyznać, że chorzowianie jak na jedenastu bohaterów zbiorowej wyobraźni szybciutko ustawili się plecami do swoich zadań.

Po straconej bramce nieco przesunęli się do przodu, lecz działo się to prędzej na życzenie Pasow, aniżeli na skutek ich nagłego wybudzenia ze śpiączki. Raz Konczkowski poleciał bokiem, ale na stanowisku był Sandomierski. Podobnie jak w 12 minucie, kiedy bramkarz gospodarzy wybił z głowy Niezgodzie pomysł na wyjście sam na sam. Kiedy zaś atakowała Cracovia, robiła to z gwarancją nietykalności. Zupełnie jakby piłkarze Ruchu mieli wpisane w regulamin kary za otrzymane kartke. Zupełnie jakby w Ruchu przestrzegano jakiegokolwiek regulaminu.

W 13 minucie było wiadomo, że piłkarze Krzysztofa Warzychy leżą na deskach i ani myślą zakończyć siestę. Piątek otrzymał na 18 metrze przypadkowo zagraną piłkę, a że stał sobie samiuteńki, przyłożył tuż przy słupku. Hrdlička szedł na rekord, bowiem nic nie zapowiadało, że skończy się na 2:0. Ruch istniał wyłącznie jako wpis w KRS. W 19 minucie Sandomierski zagrał długą piłkę na czterdziesty metr połowy gości. Stojący samotnie Szczepaniak przyjął piłkę na klatkę piersiową z olbrzymim luzem. Nikt go nawet nie próbował – za przeproszeniem – pierdolnąć łokciem. Kabaret.

Ruch pozorował pressing, lecz kończył się on na dwa metry przed piłkarzami Pasów. Efekt? Kolejna groźna akcja Cracovii, w której Piątek bez najmniejszych trudności przedarł się pod pole karne Hrdlički i podał do Stebleckiego, a ten tylko przez swój humanitaryzm nie trafił na 3:0. Jedynymi zawodnikami Niebieskich, którzy grali z autentyczną wolą ucieczki spod szubienicy, byli Surma z Niezgodą. Ten drugi desperacko próbował rozszarpać szybki obronne gospodarzy, raz nawet strzelał spod linii końcowej. Cała reszta – plaża.

Ostatnie piętnaście minut pierwszej połowy wyglądało interesująco ze strony Cracovii, która zorientowana w sytuacji chciała glanować rywali ile wlezie, niejako odbijając sobie marny występ w Lublinie. A Ruch? Bez zmian. Pozwalał Pasom montować kolejne akcje, piłka przelatywała przez pole karne Niebieskich jakby otwarto tam przestrzeń powietrzną po dziesięciu latach blokady. Dośrodkowanie Jaroszyńskiego, strzał Dąbrowskiego, strzał Piątka. Demolka wisiała w powietrzu.

Gwoli sprawiedliwości w 37 minucie Ruch obił poprzeczkę bramki Sandomierskiego po strzale Nowaka. Chwilę później Niezgoda mógł uniknąć spalonego i wyszedłby jeden na jeden z bramkarzem Cracovii. W dalszym ciągu jednak Niebiescy nie ogarniali swoich dośrodkowań na tyle, by je zamykać, jak w 42 minucie, kiedy stojący tam zawodnik strzelałby do pustaka. W efekcie obrońcy Pasów czyścili wszyściutko i poza wspomnianymi sytuacjami oraz rzutem rożnym z samej końcówki pierwszej połowy Ruch nie zrobił nic szczególnego. W 44 minucie długie zagranie dotarłoby do wybiegającego Konczkowskiego, gdyby tylko futbolówka nie przekroczyła bariery dźwięku.

Drugą część rozpoczęła się od ataków rozpoczęła Cracovia, dopiero po pięciu minutach Ruch się otrząsnął i wtedy udało im się dotrzeć do trzydziestego metra połowy Pasów. Zawsze coś. Mądrze zaczął grać Moneta, dzięki czemu Niebiescy zdołali nawet wywalczyć rzut rożny. Małymi krokami goście próbowali uciec z tunelu przed jadącym ekspresem, aczkolwiek początkowo wyglądało to bardziej na próbę pierwszego spaceru po latach niedowładu. Nieco później Ruch naprawdę – ku naszemu zaskoczeniu – przyśpieszył. Czy dało się. Sprawę ułatwiał im manewr Cracovii, która celowo przesunęła swoje formacje bliżej swojej bramki.

Ciężar gry oparł się o środek pola, oglądaliśmy sporo starć, jazdy na tyłkach, i niestety odbywało się to kosztem wrażeń artystycznych. W 62 minucie ładny przechwyt z prawej strony zewnętrznym podbiciem próbował sfinalizować Jendrisek, ale zrobił to niecelnie. Tyle zapamiętaliśmy z tego fragmentu spotkania.

Cracovia na szkodę układu nerwowego Jacka Zielińskiego więdła, dopuszczając się niepotrzebnych strat, które Ruch mógł kończyć strzałami. Z każdą chwilą trener Pasów wyglądał na coraz bardziej wk… na zdenerwowanego wyglądał. Widząc problemy swojego zespołu postanowił wpuścić na boisko Brzyskiego, który zmienił opadającego z sił Jaroszyńskiego. Ruch w dalszym ciągu próbował szarpanych podjazdów, Pasy sporadycznie straszyły Hrdličkę, Piątek w 73 minucie wyszedł na wolne pole i gdyby miał więcej umiejętności, skończyłby wszelkie spekulacje Ruchu. Oczywiście asystę drugiego stopnia przy tej bramce zaliczyłaby cała linia pomocy Niebieskich, którzy ani myśleli wspomóc kolegów z obrony po stracie, którą sami wygenerowali.

W 75 minucie Piątek wybiegł sam na sam z bramkarzem gości i rzecz jasna spierniczył. Cracovia do samego końca prosiła się o prawy sierp na szczękę, zamiast ułożyć rywali do snu. Prosiła się, prosiła i prawie otrzymała to, na co od dłuższego czasu zasługiwała. Po nie najlepszej intwerncji Sandomierskiego piłka spadła na głowę Niezgody, a ten obił poprzeczkę. Ruch solidnie odgryzł się też w 82 minucie po strzale z ostrego kąta Monety, jednak Sandomierski tym razem spisał się bez zarzutu.

Wynik do samego końca nie uległ zmianie. Ruch zrobił wszystko, by to przerżnąć. Stracili kolejne punkty, prawdopodobnie stracili też szanse na odzyskanie tegorocznych pieniędzy, I-ligowy Ruch będzie jeszcze mniej wypłacalny.

A do tego musieli spojrzeć w lustro i wziąć na klatę błazenadę, jaką odstawili w pierwszej połowie.

Cracovia 2:0 Ruch Chorzów

2’ Steblecki

13’ Piątek

Cracovia: Sandomierski, Malarczyk, Wołąkiewicz (54’ Jendrisek), Polczak, Jaroszyński (67’ Brzyski), Kanach (61’ Dimun), Steblecki, Dąbrowski, Wójcicki, Szczepaniak, Piątek

Ruch: Hrdlička, Konczkowski, Grodzicki, Helik, Oleksy (46’ Koj), Surma, Urbańczyk (86’ Trojak), Przybecki, Nowak (46’ Arak), Moneta, Niezgoda

Żółta kartka: Malarczyk, Steblecki –

Czerwona kartka: –

Sędziował: Mariusz Złotek (Gorzyce)

Widzów: 8509

Komentarze






Cracovia6
Ruch3
4.5

Share this post